wtorek, 27 grudnia 2016

26 październik 2006

Czwartek. Tak dzisiaj czwartek. Czyli do weekendu z Maćkiem już bardzo blisko. Po powrocie z terapii ciągle krążyłam po domu niespokojna i zastanawiałam się jak powiedzieć o tym rodzicom. No i czy mi pozwolą. Chociaż w sumie i tak nie mają nic do gadania bo jestem już dawno pełnoletnia. Pieniądze na wyjazd mam, więc nie widzę problemu.
Mama zauważyła moje podenerwowanie i spytała "Coś się stało córeczko? Bo jakaś taka niespokojna jesteś". Ja na te jej słowa wszystko powiedziałam o planowanym weekendzie i u kogo. Opowiedziałam o Maćku, że go poznałam w tamten weekend nad morzem. Rodzice go chyba w sumie na oczy nie widzieli nawet. Mama, ku mojemu zdziwieniu nie bała się o mój wyjazd i nie martwiła się. Wręcz się ucieszyła i stwierdziła że to dobrze że w końcu znalazłam sobie jakąś sympatię. Ale zaraz, zaraz...my nawet ze sobą jeszcze nie chodzimy. Nieważne. Teraz został tylko tata, którego reakcji bardziej się obawiałam. Tatusie tak zazwyczaj mają że boją się bardziej o swoje ukochane córeczki, jeśli dołącza do nich inny mężczyzna.

Po dwóch godzinach, kiedy tata wrócił z pracy postanowiłam mu o tym powiedzieć. Jak tylko usłyszał, najpierw zrobił zdumioną a potem zadumaną minę. W końcu po dwóch minutach (jakby w końcu do niego dotarło) zażartował: "Ale mam nadzieję że nie zostanę jeszcze dziadkiem? Pamiętajcie o zabezpieczeniu" i się uśmiechnął, klepiąc mnie po ramieniu i tym samym dając mi zgodę na wyjazd. Ja, trochę zaczerwieniona i zawstydzona przytuliłam go i podziękowałam. Napisałam Maćkowi że będę w Stargardzie na dworcu o 16.30 bo o 15.00 mam jutro pociąg ze Szczecina. On na to odpisał: "Będę czekał na dworcu na peronie księżniczko :*" Czemu nazwał mnie księżniczką? To miał być komplement? Chyba tak, ale nie bardzo mu wyszedł. W każdym razie zaczęłam się pakować do walizki. Przyznam się że bardzo się stresuję tym weekendem...

Rodzicom już powiedziałam, to najgorsze i najtrudniejsze mam już za sobą...a może właściwie dopiero przede mną? Kto wie...

środa, 26 października 2016

25 październik 2006

Dzisiaj zaspałam na terapię. A to wszystko przez...Maćka. Tak, ponieważ przez niego wczoraj nie mogłam zasnąć i udało mi się dopiero po 2 w nocy! Ech...Jest godzina równo 10, już 2 godziny trwa terapia. I teraz mam dylemat: iść i się grubo spóźnić? Czy może w ogóle nie iść? Lepiej chyba mimo wszystko będzie jak pójdę. W końcu jeśli będę miała drugą nieusprawiedliwioną nieobecność (zaraz,zaraz...a zaspanie to nie usprawiedliwienie?) to mnie wyrzucą z tej terapii. A tego bym nie chciała ponieważ na pierwszych zajęciach bardzo mi się spodobało, osoby z grupy również. Tak więc czym prędzej zwlokłam się z łóżka, ubrałam i zrobiłam szybki make-up. Nie jadłam już nawet śniadania, więc wzięłam tylko do torby banana i jogurt naturalny. Diety nie mogę przecież lekceważyć!

Po 45 minutach jakimś cudem dotarłam na terapię. Weszłam akurat w połowie drugich zajęć i przeprosiłam za spóźnienie. Skłamałam że miałam jakąś ważną wizytę u lekarza. Wszyscy akurat wspólnie omawiali skończone terapeutyczne mapy życia. Ja na szczęście swoją zrobiłam od nowa wczoraj w domu. Przypominam że naszym zadaniem było narysowanie swojej terapeutycznej mapy życia, w której mieliśmy zacząć od naszej przeszłości (co nam zdiagnozowano, nasza pierwsza wizyta u lekarza itp.), idąc przez teraźniejszość(jak się czujemy, jak funkcjonujemy) i kończąc na tym jak chcielibyśmy żeby nasze życie wyglądało po terapii (co chcielibyśmy zmienić oraz ulepszyć w swoim życiu). Tak więc jako że wszyscy już omówili swoją mapę, przyszła kolej na mnie. Zaczęłam więc mówić (czytając ze swojej kartki):
"Moja pierwsza wizyta u lekarza była u mnie ponad tydzień temu. Wpadłam na nią właściwie sama, bo czułam że coś mi dolega a problemy przytłaczają. O mojej lekarce Pani Kuryło dowiedziałam się przez internet. Na pierwszej wizycie się trochę stresowałam ale opowiedziałam jej o wszystkim co mi uprzykrza życie: o mojej nadwadze, o problemach ze snem, o samotności, nadopiekuńczej matce, ojcu alkoholiku oraz nieznośnym bracie i dziwnym kocie. Dodatkowo moja samotność wynikała z braku życiowego partnera a mam już przecież swoje lata! Poza tym powiedziałam jej że czuję się bezradna z powodu braku pracy. Doktor wypisała mi jakieś proszki nasenne i tabletkę na poprawę nastroju. Także w sumie nic mi nie zdiagnozowano, przynajmniej nie mówiła jaką mam diagnozę. Ja podejrzewam u siebie depresyjne zaburzenia nastroju, ale to jeszcze muszą potwierdzić lekarze. Pani Kuryło zaleciła mi również zapisanie się na tą terapię w celu poznania nowych ludzi oraz więcej sportu i spacerów. Co do pracy nie powiedziała nic. Myślę że najpierw musiałabym mieć jakieś lepsze wykształcenie
Jak się czuję obecnie? Dobre pytanie. Właściwie to mam coraz lepszy nastrój i to nie tylko z powodu tabletek, ale również dlatego że poznałam świetnego chłopaka jak byłam w ten weekend nad morzem. Sypiam już coraz lepiej i coraz wcześniej się budzę (no, może poza dzisiejszym dniem). Funkcjonuję na co dzień również coraz lepiej, pomagam mamie w obowiązkach domowych i nie spędzam już tyle czasu przed komputerem. Wszystko idzie w dobrym kierunku.
Co bym chciała zmienić i ulepszyć w swoim życiu po terapii? Na pewno chciałabym mieć już w końcu stałego, życiowego partnera. Pragnę również zawrzeć wiele nowych znajomości, co jak do tej pory uważam mi się udaje. Pragnęłabym stać się bardziej pewna siebie i mniej przewrażliwiona oraz twardo stąpająca po ziemi. Po terapii być może pomyślę o szkole policealnej, ponieważ chciałabym podnieść swoje wykształcenie i kwalifikacje żeby później zdobyć lepszą pracę i móc się usamodzielnić. To wszystko. Dziękuję."- powiedziałam i pokazałam moją terapeutyczną mapę. W przeszłości była narysowana Pani Kuryło (w rzeczywistości jest ładniejsza) oraz tabletki. W teraźniejszości była narysowana uśmiechnięta buźka. przystojny facet i serduszka (tak, stan zakochania!) oraz skreślony komputer. W przyszłości narysowałam teczkę (symbol pracy) oraz różne osoby (nowe znajomości). Wszystkim chyba bardzo spodobała się moja prezentacja, bo bili mi gromkie brawa a na twarzy terapeutki Agi pojawił się szczery i przyjazny uśmiech. Na twarzy doktora Mareczka nic nie było widać, bo znowu wetknął nos w swoje notatki i coś zapisywał. Po mojej wypowiedzi akurat zaczęła się półgodzinna przerwa. Wszyscy palący zeszli więc na papierosa (już myślałam że nie wytrzymam bez fajki!) a niepalący do bufetu lub usadowili się na kanapie i włączyli czajnik. Na przerwie wszyscy palacze mi serdecznie gratulowali, mówili że miałam chyba najlepszą wypowiedź wśród wszystkich. Żałowałam tylko że mnie wcześniej nie było i nie słyszałam wypowiedzi innych. Tak więc podpytałam co inni mieli w swoich prezentacjach. Opowiedzieli mi wszystko dokładnie ze szczegółami. Tak minęła mi w miłej atmosferze półgodzinna przerwa. Ostatnie zajęcia, tak jak wczoraj, polegały na graniu w różne gry planszowe. Szybko i przyjemnie minęły. W końcu był koniec zajęć i długo wyczekiwany przez wszystkich obiad. Dzisiaj był makaron spaghetti. Mniam!
Wróciłam do domu około 15 zmęczona jak nigdy i zrobiłam sobie dwugodzinną drzemkę. Kot się wtulił we mnie i razem ze mną poszedł spać.
Po godzinie 17 obudził mnie donośny głos mamy wołającej na kolację. Zjedliśmy rodzinnie kolację, tylko tata był jakiś taki nie w sosie. Zresztą widziałam jak po kolacji na poprawę nastroju nalał sobie whisky. Mama oczywiście jak zwykle udawała że niczego nie widzi. Ja natomiast później cały wieczór oglądałam telewizję w swoim pokoju, wspólnie z kotem.

sobota, 15 października 2016

24 październik 2006

Dzisiaj miałam iść na terapię grupową ale tak fatalnie się czułam psychicznie że nie poszłam. A to dopiero drugi dzień! A wszystko z powodu tego że Maciek do tej pory się nie odezwał. W sumie to dopiero 2 dni odkąd się nie widzieliśmy ale obiecywał...właśnie...wiele obiecywał. Może po prostu dałam się nabrać? A może za bardzo się wkręciłam a nie powinnam? Jeśli w tym tygodniu w ogóle się nie odezwie, dam sobie z nim spokój. Ma czas do niedzieli a jest dopiero wtorek. A więc co robiłam?
Nigdzie nie chciało mi się wychodzić więc siedziałam cały dzień w swoim pokoju z kotem i oglądaliśmy wspólnie komedie romantyczne. Tak, mój kot też ogląda filmy. On w ogóle jest jakiś taki bardzo uczłowieczony, dlatego taki dziwny.

Pod wieczór, kiedy już kładłam się spać,spojrzałam na telefon który zadzwonił znacząco że przyszedł mi sms. To była wiadomość od Maćka! "Witaj :* Przepraszam że się nie odzywałem do tej pory, ale miałem wiele spraw na głowie. Co byś powiedziała na małą wycieczkę po Stargardzie w weekend? Mogłabyś u mnie nocować, ponieważ mieszkam sam bez rodziców." - tak było napisane. Jak przeczytałam to ostatnie zdanie, myślałam że dostanę zawału. On mi proponuje nocleg u siebie! Jestem podekscytowana a zarazem zagubiona, bo nie wiem co mu odpisać, czy się zgodzić czy nie. Jak się zgodzę, mogę wyjść na pierwszą lepszą- chociaż z drugiej strony nocując u niego wcale nie muszę się z nim przespać, możemy spać przecież na osobnych łóżkach. Jeśli się nie zgodzę i podam jakąś wymówkę, mogę go zranić i być może już nigdy się do mnie nie odezwie, bo będzie się po prostu bał kolejnej odmowy. Siedziałam więc i myślałam chyba z pół godziny co by odpisać. W końcu napisałam: " Zgoda. Ale śpimy na osobnych łóżkach (bo jeszcze za mało się znamy) i odbierasz mnie z dworca :)". On, dosłownie po kilku sekundach, odpisał: "Ok, kochana :*" Nie wierzę własnym oczom! Znowu wysłał mi buziaczka i jeszcze do tego napisał "kochana"! Jeśli to są jego sposoby na podryw, to jak na razie na mnie działają i to dość mocno. On jest taki przystojny i do tego czarujący... Ach! Jak ja teraz zasnę?

środa, 21 września 2016

23 październik 2006

Musiałam wstać dzisiaj o 7 co dla mnie jest katorgą. Tak, o 7 ponieważ dzisiaj zaczynam grupową terapię na 9. Ciekawa jestem jakie osoby tam poznam i czy będzie po nich widać że coś im dolega, czy raczej tak jak u mnie- jest to zauważalne dopiero po bliższym poznaniu i szczerej rozmowie. Na śniadanie zaczęłam, zgodnie z obietnicą, dietetycznie. To znaczy jogurt naturalny z pokrojonymi owocami i płatkami owsianymi. To mi musi wystarczyć do popołudnia. W razie gdybym zrobiła się głodna, zabrałam ze sobą do torby jabłko i dużą butelkę wody niegazowanej- ponoć świetnie zapełnia żołądek, oszukując uczucie głodu i nie ma żadnych kalorii- można ją pić kiedy i ile się chce. Jeszcze tylko weszłam do łazienki, wzięłam prysznic na rozbudzenie i odświeżenie oraz zrobiłam sobie delikatny makijaż. Wyszłam z domu o 8.15 po czym wsiadłam w tramwaj nr 3 z pętli i pojechałam aż na przystanek Wszystkich Świętych. To mi zajęło ponad pół godziny. Zapomniałam dodać że mieszkam na Gumieńcach. Kiedy wysiadłam czekała mnie jeszcze spora górka do pokonania. Na samej górze, w otoczeniu drzew i zieleni, po prawej stronie mieścił się szpital psychiatryczny, w którym będzie się odbywała moja terapia grupowa. Na szczęście na oddziale otwartym, nie zamkniętym ;) Miałam jeszcze 7 minut do rozpoczęcia, więc na odstresowanie zapaliłam papierosa. Od razu poczułam ulgę i rozluźnienie.

Trafiłam do sali terapeutycznej 3 minuty przed rozpoczęciem zajęć. Chyba wszyscy już byli. Sala była bardzo duża, ułożone w kółku pełno krzeseł, osobna kanapa (pewnie wykorzystywana w trakcie przerwy), różne obrazy i prace malarskie na ścianach, szafka z kubkami, cukrem, mlekiem, kawą i herbatą oraz czajnik. Jednym słowem przytulnie i przyjemnie. Tylko denerwowało mnie ostre światło jak u lekarza. Osoby siedzące już w kółku na krzesłach wydawały się bardzo sympatyczne z twarzy i się do mnie uśmiechały. Weszłam więc do pomieszczenia i się każdemu z osobna przedstawiłam z imienia podając mu rękę. Przyjęli mnie naprawdę bardzo ciepło. Grupa liczyła, jak zdążyłam wyliczyć, 6 chłopaków i 5 dziewczyn- ja byłam szóstą. Czyli na każdego chłopaka przypadała jedna dziewczyna. Przypadek? Nie sądzę. Nie miałam już czasu zaparzyć sobie kawy, więc usiadłam na jednym, wolnym miejscu. Były jeszcze dwa wolne krzesła. Przypuszczałam że są one przeznaczone dla terapeutów. I się nie myliłam! Tuż po mnie do sali wszedł facet i kobieta, w wieku około po trzydziestce,i siedli na wolnych krzesłach. Okazało się że mężczyzna jest lekarzem w szpitalu psychiatrycznym i ma na imię Marek. Jego zadaniem będzie przyglądać się naszym zajęciom i notować (ciekawe co?). Kobieta ma na imię Agnieszka (mamy mówić do niej Aga- tak prosiła) i jest psychoterapeutą, prowadzi również właśnie tutaj różne zajęcia terapeutyczne. Pierwszym zadaniem grupy było opowiedzenie kilku słów o sobie, po kolei, w kółeczku. Kiedy przypadła kolej na mnie, myślałam że nie wytrzymam ze stresu. Bardzo się denerwowałam, ponieważ słaba jestem w przemówieniach publicznych i nie lubię tego robić. No ale, tak jak każdy, musiałam. Powiedziałam więc że mam na imię Krystyna, ale znajomi i rodzina mówią na mnie Kryśka. Powiedziałam ile mam lat, czym się interesuję- czyli komputerami, muzyką, sportem (w moim wykonaniu to leżenie na kanapie i oglądanie filmów raczej), fotografią oraz trochę psychologią. Dodałam jeszcze jakie szkoły skończyłam i z czym tutaj przyszłam się uporać oraz nad czym chciałabym popracować. Chyba mówiłam dużo dłużej niż inni, może nawet za dużo, ale nikomu to nie przeszkadzało i chyba nawet nieźle wypadłam. Dowiedziałam się też sporo o mojej nowej grupie. Niektóre osoby przyszły tutaj ze zdiagnozowaną depresją. Inne z nerwicą, a jeszcze inne z zaburzeniami emocjonalnymi (np. trudniej im było okazywać swoje uczucia, były bardziej zamknięte w sobie i wycofane). Wszyscy mimo swoich "ułomności" psychicznych byli naprawdę nadzwyczaj sympatycznymi i zupełnie normalnymi oraz ciekawymi ludźmi. Ja siedziałam obok nowej koleżanki Matyldy i kolegi Wojtka. Wojtek ma 32 lata, Matylda jest 2 lata młodsza ode mnie- ma 26 lat. Wojtek cierpi za zaburzenia emocjonalne, takie właśnie jak wycofanie i trudności w okazywaniu uczuć i emocji- natomiast Matylda ma zdiagnozowaną nerwicę. Nie oznacza to że jest nerwowa (powiedziałabym wręcz przeciwnie), lecz bardziej to że ją wszędzie "nosi" i nie potrafi spokojnie usiedzieć dłużej w jednym miejscu. Zresztą widziałam już pod koniec pierwszych zajęć jak się z tym męczyła.
Po 45 minutach zajęć zapoznawczych była półgodzinna przerwa. W przerwie zrobiłam sobie kawę i wyszłam na papierosa. Okazało się że w mojej grupie pali jeszcze poza mną 6 osób- Matylda, Wojtek, Marcin, Paweł, Hania i Julia. Marcin to 34 letni informatyk i cierpi na zaburzenia depresyjno-lękowe. Paweł to 30 letni ratownik na basenie (rzeczywiście dobrze zbudowany) i również tak jak Matylda cierpi na nerwicę. Hania i Julia to dwie koleżanki ze studiów na kierunku ekonomicznym i są bardziej zamknięte w sobie oraz mają problem z okazywaniem uczuć i emocji. Najlepiej mi się rozmawiało z Matyldą, chociaż zapewne z powodu jej nerwicy wypaliła w przerwie aż 4 papierosy z rzędu! Matylda chodzi do szkoły policealnej na kierunku Kosmetologia i po skończeniu szkoły chciałaby pracować w gabinecie kosmetycznym. Przekonywała mnie bym również zapisała się do jej grupy w szkole, ponieważ jeszcze można, i być może w przyszłości byśmy razem otworzyły gabinet kosmetyczny. Ja jednak wpadłam na pomysł że zamiast na kosmetologię zapisałabym się do 2 letniej szkoły policealnej na fryzjerstwo i wtedy ja bym była w naszym gabinecie fryzjerką a ona kosmetyczką. Pomysł jej się spodobał, ale na pewno musiałabym chodzić tam zaocznie ponieważ w tygodniu mam terapię. Po powrocie do domu jeszcze nad tym pomyślę.
Przerwa minęła bardzo szybko i zaczęły się nowe zajęcia w towarzystwie doktora Marka i terapeutki Agi. Tym razem trwały one półtorej godziny. Naszym zadaniem było narysowanie swojej terapeutycznej mapy życia, w której mieliśmy zacząć od naszej przeszłości (co nam zdiagnozowano, nasza pierwsza wizyta u lekarza itp.), idąc przez teraźniejszość(jak się czujemy, jak funkcjonujemy) i kończąc na tym jak chcielibyśmy żeby nasze życie wyglądało po terapii (co chcielibyśmy zmienić oraz ulepszyć w swoim życiu). Mogliśmy do tego dołączyć rysunki. Na wykonanie tej mapy mieliśmy całe półtorej godziny. Po skończeniu pracy trzeba było ją oddać Pani terapeutce, a jej zadaniem było przechować nasze mapy do jutrzejszych zajęć, ponieważ jutro będziemy je wspólnie omawiać (już się stresuję!). Zadanie nie było łatwe. Chyba z 15 minut zastanawiałam się jak wykonać i uzupełnić swoją mapę. W końcu mi się udało i akurat pod koniec drugich zajęć skończyłam swoje dzieło. Po zajęciach z mapą znowu była półgodzinna przerwa. Terapeutka i doktor poszli do swoich gabinetów, a wszyscy którzy palą znowu wybrali się na papierosa. Na fajeczce trochę rozmawialiśmy o tych mapach, o tym jakie to było trudne zadanie i obgadywaliśmy trochę naszego doktora Marka- że on tylko siedzi, ciągle się nam przygląda uważnie, co nas jeszcze bardziej stresuje, i coś notuje w tym swoim notatniku, a my jesteśmy bardzo ciekawi co. Do terapeutki Agi nie mogliśmy się przyczepić, ponieważ była dla nas sympatyczna, otwarta, odpowiadała na wszystkie pytania,  była konkretna i nie miała przed nami żadnych tajemnic, w przeciwieństwie do lekarza Mareczka. Po kolejnej przerwie były już ostatnie dzisiaj zajęcia. Tym razem było to grupowe granie w gry planszowe takie jak Memo, Zgadnij kto to lub Kalambury. 12 osobowa grupę podzielono na 3 grupy po 4 osoby i każda grupa grała w co innego, a później się zmieniali. Te ostatnie zajęcia były najprzyjemniejsze i najmniej stresujące. Miały za zadanie nauczyć nas współpracy w grupie i zintegrować nas bardziej ze sobą. Trwały najdłużej ze wszystkich bo aż 2 godziny. Po zajęciach czekał w stołówce na wszystkich darmowy obiad ( i tak ma być codziennie). Dzisiaj była zupa pomidorowa z ryżem i kotlet schabowy. Jedzenie, trzeba przyznać, było bardzo dobre- jak w domu. W mojej grupie podoba mi się jeden chłopak ale ja ciągle myślę o Maćku...Jeszcze się niestety nie odezwał. A może o mnie zapomniał?

czwartek, 1 września 2016

22 październik 2006

Rano wstałam z jeszcze większym kacem niż wczoraj. Ale za to jakimi wspomnieniami! Szybko poszłam do łazienki się ubrać i pomalować w nadziei że zobaczę jeszcze na śniadaniu Maćka. Niestety jak się później okazało nie było go. Siedziałam, szczerze mówiąc mocno zawiedziona, przy stole i jadłam z rodzicami i bratem jajecznicę z boczkiem. Rozglądałam się wszędzie po całej sali byle tylko dostrzec Maćka. Niestety nie znalazłam go. A może przyszedł na śniadanie wcześniej i już musiał wyjeżdżać? Mam nadzieję że mi to wyjaśni w smsie.
Po śniadaniu wróciłam do pokoju i już chciałam pisać do niego wiadomość ale zobaczyłam że to on pierwszy do mnie napisał. "Byłem na śniadaniu o 8. Niestety Ciebie nie było. Odrazu po śniadaniu pojechałem na spotkanie biznesowe w centrum i od razu potem wracam do domu. Mam nadzieję do zobaczenia w Szczecinie lub w Stargardzie. Całusy."
Czy mi się zdaje czy na końcu wiadomości napisał "całusy"? Tak, napisał! Chyba jednak lubi pocałunki ze mną, mimo że na razie pocałował mnie tylko w policzek. Nie mogę się doczekać kiedy się znów spotkamy. Odpisałam więc krótko (nie dając po sobie poznać swojego podekscytowania): "Do zobaczenia niebawem :) " Później dłuższą chwilę zastanawiałam się czy będąc w Szczecinie mam pierwsza do niego dzwonić, jeśli się nie odezwie. Stwierdziłam że to jednak on powinien pierwszy zadzwonić lub napisać więc zostawię mu wolną rękę. Później aż do obiadu czytałam w pokoju książkę. Zjedliśmy obiad i wyjechaliśmy prawie od razu po posiłku, ponieważ padał deszcz i była brzydka pogoda.

Kiedy wróciliśmy do Szczecina przypomniałam sobie że już jutro zaczynam terapię grupową. To spowodowało że zaczęłam myśleć o tym, czy przy najbliższej okazji powiedzieć Maćku o tym i swoich problemach. Doszłam do wniosku że na razie pozostawię to w tajemnicy. Nie wiadomo jakby zareagował, a nie chcę go stracić. Ja go chyba... kocham...

wtorek, 23 sierpnia 2016

21 październik 2006

Dzisiaj obudziłam się z wielkim kacem. Nic dziwnego, po tylu drinkach. Na szczęście wzięłam ze sobą zapasy wody niegazowanej. Od razu musiałam wypić przynajmniej litr. Wstałam wcześnie bo o 8 rano. Brat i kot jeszcze spali. Rodzice po swojej wczorajszej rocznicy ślubu zapewne też. Poszłam więc sama na śniadanie. Nałożyłam sobie mnóstwo pyszności, ponieważ wiedziałam że muszę sobie podnieść poziom cukru w organizmie. Nagle podszedł do mnie jakiś chłopak (lat około 30) i spytał czy może się dosiąść. Z wyglądu był całkiem niezły, dobrze zbudowany i miał piękny uśmiech. Tak więc nie zastanawiając się ani przez chwilę pozwoliłam mu. Na początku czułam się trochę skrępowana w jego towarzystwie. Starałam się wypaść jak najlepiej. Jadłam powoli (czego zazwyczaj nie robię) i po prostu z wdziękiem. W końcu on pierwszy przemówił. Spytał mnie skąd jestem i co robię nad morzem w październiku. Odpowiedziałam mu prawdę. Tak nawiązała się nasza rozmowa. Okazało się że ma 36 lat (jest 10 lat starszy, a wygląda na mniej), ma na imię Maciek, jest ze Stargardu Szczecińskiego i przyjechał tu na weekend w sprawach biznesowych, ponieważ od ponad roku prowadzi swoją własną firmę z zabawkami dla dzieci- ma sklep internetowy i lokal gdzie to sprzedaje - uwaga gdzie - w Szczecinie. Okazało się że oboje lubimy biegać, tak więc godzinę po śniadaniu umówiliśmy się na jogging po plaży a na końcu ma mi pokazać fajne miejsce w Międzyzdrojach. Szczerze to ten facet zaimponował mi nie tylko tym że jest przystojny, ale również pewny siebie (nie zarozumiały przy tym), zabawny, inteligentny, troskliwy, ciekawy świata i ludzi, zaradny życiowo (w końcu ma własny biznes) oraz wrażliwy (wyszło to jak rozmawialiśmy o krzywdzeniu zwierząt- opowiadał mi historię o swoich, nieżyjących już zwierzakach, i prawie się przy tym popłakał). Możliwe nawet że zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ach, ten Maciek!

Godzinę po śniadaniu wyszłam w umówione miejsce przed hotel. Ubrałam się na sportowo i zrobiłam oczywiście makijaż, którego nie miałam na śniadaniu. Maciek już czekał ubrany w granatowy dres i czarne adidasy. W tym stroju wyglądał jeszcze lepiej niż na śniadaniu! Przed bieganiem zapaliliśmy jeszcze wspólnie papierosa (on też pali), czego się nie powinno robić przed sportem. Ale cóż, nałóg silniejszy. Porozmawialiśmy chwilę o naszych zainteresowaniach (wyszło, że poza bieganiem wspólnie również interesujemy się filmami, muzyką i zwierzętami) i po kilku minutach zaczęliśmy razem biegać. Skręciliśmy na plażę. Na szczęście nie padał deszcz. Była pogoda idealna na jogging. Przebiegliśmy chyba z 10 km plażą w zupełnej ciszy i skupieniu, a następnie dotarliśmy na miejsce, które Maciek tak bardzo chciał mi pokazać. Był to Woliński Park Narodowy. Było tam cudownie. Piękne ptaki, żubry, lisy i śliczne Jezioro Turkusowe. Miejsce było bardzo romantyczne. Aż miałam ochotę pocałować Maćka, ale jednak się powstrzymałam, ponieważ to facet powinien zrobić pierwszy krok. Chociaż w sumie on już zrobił pierwszy krok, dosiadając się do mnie na śniadaniu. Ale wstrzymam się jeszcze z tym pocałunkiem. Z godzinę pozwiedzaliśmy park i wróciliśmy do hotelu. Tyle że spacerem, nie mieliśmy już siły biec. Po drodze w Międzyzdrojach mój nowy kumpel zaprosił mnie jeszcze do kawiarni na kawę i gofry. Nigdy przy żadnym facecie nie czułam się tak naturalnie i swobodnie, skrępowanie po bliższym poznaniu od razu zniknęło. Czuje się jakbym go znała od lat.

Wróciłam do pokoju i ciągle myślę o Maćku. O tym jego czarującym uśmiechu, wysportowanej sylwetce, lśniących brązowych włosach, pięknych piwnych oczach. Nie mogę się skupić na niczym innym. Zmęczona bieganiem postanowiłam się zdrzemnąć. Może przyśni mi się Maciek?

Dwie godziny później budzi mnie dźwięk mojej komórki. Patrzę na ekran. Okazało się żę to sms, w dodatku od Maćka. Zapomniałam napisać, że zdążyliśmy wymienić się numerami telefonów. "Masz dzisiaj ochotę na imprezę z prawdziwego zdarzenia?"- jest napisane. Uśmiecham się do siebie, po czym odpisuję- "Jasne, co proponujesz?" Jakieś 3 minuty później przychodzi sms z odpowiedzią- "Słodka tajemnica. Bądź o 22 pod wejściem do hotelu." Jest dopiero godzina 18 a ja już nie mogę się doczekać 22! Po chwili zapukali do mojego pokoju rodzice. Zeszłam z nimi na kolację. W trakcie kolacji poinformowałam ich że wieczorem wychodzę na noc z nowym kolegą. To nie spodobało się nadopiekuńczej mamie. Ale i tak nie ma nic do powiedzenia, w końcu jestem dorosła. Tata tylko wziął kolejny, większy łyk whisky i nie zaprotestował. Stwierdził wręcz, że bardzo dobrze że znalazłam sobie towarzystwo w swoim wieku. Tuż po kolacji słyszałam przez ścianę jak się o to z mamą kłócili w swoim pokoju. Mam nadzieję, że nie popsułam im przez to rocznicowego wyjazdu, bo naprawdę nie miałam zamiaru. Chciałam tylko zaznać trochę...Szczęścia?

O 22 byłam już przed hotelem. Maciej już czekał. Na przywitanie dałam mu całusa w policzek. Stwierdziłam, że mogę sobie na tyle pozwolić bo chyba jednak mu się trochę podobam, skoro chciał się do mnie dosiąść na śniadaniu. On się tylko trochę zaczerwienił i lekko uśmiechnął. Chyba jest nieśmiały. Może to dlatego się boi mnie pierwszy pocałować? Hmm...
-Gotowa na prawdziwą imprezę?- spytał. Kiwnęłam głową.
Poszliśmy w kierunku promenady i szliśmy dalej jakieś 2 km. W końcu dotarliśmy na miejsce. Klub nazywał się "Paradise" (co po angielsku znaczy raj- i chyba rzeczywiście tak tam było). Miejsce było piękne, nowoczesne i kolorowe. W tle leciała świetna muzyka. Był również ogromny bar, gdzie można było zamówić drinki. Maciek jak na dżentelmena przystało postawił mi gigantyczna drinka o nazwie sex on the beach (czyżby coś sugerował?). Usiedliśmy w loży i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy chyba ze dwie godziny bez przerwy, popijając kolejne drinki (chyba przeze mnie zbankrutuje) Ach, mamy tyle wspólnych tematów do rozmów. Bez wątpienia nadajemy na tej samej "fali". W końcu poprosił mnie do tańca. Akurat leciała wolna piosenka, do tańca w parze. Nowy kolega (a może ktoś więcej?) objął mnie w pasie i przytulił do siebie. To było bardzo przyjemne uczucie. Rzeczywiście poczułam się- jak nazwa klubu wskazuje- jak w raju. Byłam w siódmym niebie. Chciałam tylko aby ta chwila nigdy się nie skończyła. Niestety po kilku minutach zaczęły lecieć szybsze rytmy. Wróciliśmy więc na lożę. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, potańczyliśmy również do szybszych piosenek po czym Maciek zaproponował byśmy się przeszli na plażę, ponieważ w nocy jest na niej wyjątkowo pięknie. Zgodziłam się. Po 20 minutach siedzieliśmy na wydmie na plaży. Było piękne, gwieździste niebo, szum morza, przyjemny wiaterek i romantyczny nastrój.
-Nie jest Ci zimno?- spytał nagle Maciek. Jego opiekuńczość mnie rozbraja. Stwierdziłam że troszeczkę. Na moje słowa objął mnie mocno i przybliżył do siebie. To rzeczywiście zadziałało, bo od razu zrobiło mi się gorąco.
-Szkoda że jutro wyjeżdżasz. Ja również. Na szczęście Stargard leży blisko Szczecina.- powiedział.
-Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Ale mamy do siebie numery telefonów i mam nadzieję że jeszcze kiedyś się spotkamy prawda?- nie chciałam być nachalna.
-Ależ oczywiście! I to nie kiedyś tylko już niedługo. Będziemy się bardzo często spotykać, jeśli będziesz tylko miała ochotę.- uśmiechnął się.
-Jak pozwoli mi czas to bardzo chętnie.- udawałam trochę niedostępną i zapracowaną, ale w duchu się ogromnie ucieszyłam na jego słowa.
Posiedzieliśmy tak jeszcze z pół godziny i patrzyliśmy w gwiazdy ale zaczęło się robić coraz zimniej i wietrzniej więc wróciliśmy do hotelu. Przed hotelem spytał mnie czy nie chcę wpaść jeszcze do niego do pokoju na lampkę wina. Brzmiało to obiecująco, ale nie chciałam wyjść na pierwszą lepszą więc odpowiedziałam że niestety już jestem bardzo zmęczona i idę się położyć do siebie. Liczyłam że na pożegnanie mnie pocałuje, ale znowu zabrakło mu odwagi. Za to dał mi buziaka w policzek.
-To dobrej nocy!- powiedział na odchodne.
-Dobranoc!- odpowiedziałam i poszłam do swojego pokoju.
Tej nocy będzie mi bardzo ciężko zasnąć. Tyle emocji i wrażeń jednego wieczoru. Endorfiny we mnie buzowały. I rzeczywiście zasnęłam dopiero po dwóch godzinach. To był cudowny wyjazd!

piątek, 19 sierpnia 2016

20 październik 2006

Piątek. Weekendu początek. Rodzinka chce mnie wyciągnąć nad morze na weekend do Międzyzdrojów z okazji 30 rocznicy ślubu rodziców. Mają jechać moi rodzice, złośliwy brat Jarek i dziwny kot Madmax. W sumie nawet niezły pomysł gdyby nie to że mamy koniec października i jest po prostu zimno oraz wieje (nad morzem tymbardziej!) Mimo wszystko jest to chyba jednak lepsza opcja niż siedzenie kolejny weekend w domu. Zgadzam się więc, tym bardziej że mamy jechać do fajnego hotelu z wszystkim w pakiecie: pełnym wyżywieniem, piękną łazienką, balkonem w pokoju (!), wygodnymi łóżkami, internetem Wifi (<3), telewizorem w pokoju i basenem w hotelu. Niestety zła informacja jest taka że rodzice będą w jednym dwuosobowym pokoju a ja w drugim dwuosobowym pokoju z Jarkiem i Madmaxem (kotem). W sumie ich rozumiem i nie dziwię im się, pewnie chcą mieć więcej prywatności w swoją rocznicę. Tylko dlaczego muszą mnie skazywać na towarzystwo złośliwego i kablującego brata oraz dziwnego, strzelającego fochy kota? Dobra, już nie narzekam, jakoś z nimi wytrzymam. Dobrze że w domu przynajmniej mamy oddzielne pokoje.

Po południu dotarliśmy na miejsce. Całkiem tu przyjemnie. Hotel bardzo elegancki, wysoki, nowoczesny i cały biały. Mieszkam w pokoju 116 z bratem i kotem, a pod 117- rodzice. Mam wygodne, duże łóżko (gdyby nie to że czasem wskakuje na nie mój kot i zajmuje połowę miejsca), Wifi w zasięgu ręki (tak, wzięłam laptopa- w końcu muszę być na bieżąco z portalami społecznościowymi), piękną łazienkę i duży balkon z cudownym widokiem na morze i molo, na którym mogę palić ile tylko dusza zapragnie (nie ma tutaj żadnego zakazu palenia papierosów. Co prawda mój brat nie lubi tego smrodu, ale ja się tym nie przejmuję i robię mu na złość, tak jak często on mi. Ale ze mnie wredna babka)

Po przyjeździe rozpakowałam się i zapaliłam pierwszego papieroska na balkonie, bo brat mnie już zestresował tym, że zwymiotował do kibla (ma chorobę lokomocyjną. Dobrze że to nie stało się w aucie) Tatuś oczywiście w drodze kupił kilka flaszek, więc jak wnioskuję będą zapewne ostro oblewać swoją rocznicę ślubu. Tyle że tata niestety ma problem z alkoholem. Pije stanowczo za dużo i za często. Ale co ja mogę na to poradzić? W końcu jest dorosły i robi co chce. Może chociaż podzielę się tą informacją w grupie wsparcia w poniedziałek, oni podpowiedzą mi co mogę zrobić w tej sytuacji. Mama nie ma problemu z piciem, czasem wypije razem z ojcem, tyle że jak już to tylko "pomoczy lekko dziubka" dla towarzystwa, a nie będzie wlewała w siebie hektolitry alkoholu. Tata po alkoholu czasem traci panowanie nad sobą i robi lub mówi coś głupiego. Najlepiej wtedy udawać że się go nie zna, zwłaszcza jeśli to dzieje się w miejscach publicznych. Matka jakoś nie zwraca na to uwagi (A może rzeczywiście nie widzi nic w tym dziwnego? Albo tylko udaje bo nie chce awantury?) Mniejsza z tym. Teraz jestem nad morzem i zapominam o wszelkich problemach, wrzucam na luz i korzystam ile się da.

Przed chwilą wróciłam z obiadu hotelowego z całą rodziną. Był pyszny bufet szwedzki. Do wyboru było mnóstwo jedzenia- pizza, makarony, pierogi, kotlety, kiełbaski, frytki, różne sałatki, ryby, owoce morza i dużo różnych napojów. Ja najadłam się pizzą i makaronem z podgrzybkami i kurczakiem (chyba przejadłam) oraz wypiłam lemoniadę cytrynową. Teraz odpoczywam na swoim wygodnym łóżku. Nie mam siły nigdzie się ruszać, z powodu przejedzenia, chyba zostanę tu do wieczora i pobuszuje na internecie. Pogoda i tak nie zachęca na żadne spacery.

Po godzinie siedzenia przed laptopem jednak postanowiłam się ruszyć. Ubrałam dresy i poszłam pobiegać po okolicy. Zajęło mi to dłużej niż planowałam, bo aż dwie godziny! Za to poznałam nowe, ciekawe miejsca i widoki. Warto było!

Leżę po kolacji przed telewizorem i nagle dzwoni hotelowy telefon stacjonarny. Ponieważ jestem sama w pokoju (brat chyba poszedł na basen, a kot się nie zalicza do istot ludzkich), podnoszę słuchawkę. Pani z recepcji informuje mnie że dzisiaj o 22.00 jest dyskoteka w hotelowym barze. Serdecznie jej dziękuję za informację i uradowana biegnę do łazienki szykować się na imprezę. Idę tylko jeszcze do pokoju rodziców, by ich poinformować. Otwiera mi tata, po którym widać że już mocno "oblewa" rocznicę ślubu. Mama natomiast śmieje się na balkonie. Mówię im o dzisiejszej dyskotece, na którą idę. Na szczęście informują że oni świetnie się bawią w pokoju, tylko w swoim towarzystwie i nie potrzebują nic więcej do szczęścia. Tak więcej jeszcze bardziej uradowana (idę sama na dyskotekę!) wracam do swojego pokoju się szykować.

Wystrojona i odpindżona jak jakaś księżniczka schodzę do hotelowego baru. Zamawiam kilka drinków. Dj gra najnowsze hity (czyli coś co lubię). Ku mojemu rozczarowaniu nie widzę osób w swoim wieku, tylko raczej w wieku moich rodziców. Po dwóch godzinach wszyscy są już pijani i tańczą. Po kolejnych dwóch godzinach wypijam mojego ostatniego drinka i postanawiam się stamtąd jak najszybciej zmyć. Szkoda, a myślałam że może poznam jakiegoś ciekawego i przystojnego 30-latka.

czwartek, 18 sierpnia 2016

19 październik 2006

Dzisiaj wstałam bez problemu o dziwo wcześnie bo o 7:30 (te proszki nasenne chyba jednak działają!) , przyszykowałam się i poszłam na pobranie krwi oraz wizytę u dietetyczki. Nie znoszę pobierania krwi i szczerze trochę bolało, na szczęście nie trwało długo bo była to tylko jedna fiolka. Po pobraniu musiałam poczekać pół godziny na wyniki. Poszłam więc na dwór na papieroska. Wyniki okazały się nie najlepsze- mam o 24 punkty podwyższony cholesterol oraz o 22 poziom cukru. Nic dziwnego, to pewnie przez to obżeranie się słodyczami. Dobrze że chociaż trójglicerydy mam w normie. Z wynikami udałam się do pokoju obok do Pani Dietetyczki- Agnieszki Bawarskiej. Na podstawie wyników i mojej wagi dobrała mi odpowiednią dietę i zaleciła ruch fizyczny przynajmniej 3 razy w tygodniu po 45 minut. Dieta ma trwać 4 miesiące i przez ten czas, stosując się do zaleceń, chudnie się 20 kg! Zobaczymy czy mi się uda.

Po powrocie do domu przejrzałam menu mojej nowej diety. Było w nim mnóstwo owoców, warzyw, gotowanych (nie smażonych) potraw oraz produktów niskokalorycznych. Dieta zawierała pięć mniejszych posiłków dziennie o stałych porach oraz absolutny zakaz dojadania jakiś fast foodów lub słodyczy. Czy to zadziała? Czy uda mi się wytrzymać na diecie? Zobaczymy. W każdym razie efekty są obiecujące. Zaczynam już od przyszłego tygodnia. Tak, od poniedziałku rozpoczynam nowe życie. Terapia oraz dieta. Okaże się jak na tym wyjdę.

18 październik 2006

Za namową mojej Pani Psycholog zapisałam się przez internet na grupę wsparcia (zajęcia już od 23 października!) oraz założyłam sobie konto na portalu randkowym. Wstawiłam swoje zdjęcia sprzed 5 miesięcy (15 kilo mniej) i przeglądałam tam profile różnych facetów. Niestety jak któryś miał ciekawy opis siebie, to zdjęcia beznadziejne, a jak miał fajne zdjęcia to opis siebie do dupy. No nic, chyba muszę jeszcze poczekać na swojego księcia. A może poznam go w przyszłym tygodniu na grupie wsparcia?

17 październik 2006

Dzisiaj nie działo się nic ciekawego, poza tym że Madmax (mój kot) nasrał do moich ulubionych butów. Okropnie się wściekłam, bo musiałam wszystko po nim sprzątać. Fuj! To było obrzydliwe. To prawda, że koty jednak chodzą własnymi ścieżkami i nikt ich nie rozumie. Bo jak można zrozumieć coś takiego?

16 październik 2006

Dzisiaj prawie zaspałam na wizytę do Pani Kuryło (psycholog). Na szczęście obudził mnie mój kot, który wdrapał się na moje łóżko i zaczął mi chodzić po głowie około 11:30. Dzięki niemu zdążyłam na wizytę, chociaż musiałam się spieszyć. Mój dziwny kot jednak czasem się na coś przydaje.

W gabinecie u Pani Psycholog wyżaliłam jej się ze wszystkich swoich problemów i rozterek- zupełnie jak najlepszej przyjaciółce (gdybym taką posiadała). Uważnie mnie wysłuchała i stwierdziła że koniecznie muszę wybrać się do tej dietetyczki oraz częściej wychodzić z domu (w celu poznania nowych ludzi i ruchu). Dodała że mogę również spróbować, ale z rozsądkiem, zawrzeć nowe znajomości na internecie lub poznać nawet jakiegoś fajnego chłopaka, poprzez założenie konta na portalu randkowym. Poza tym wypisała mi jakieś proszki nasenne, żebym wcześniej chodziła spać i nie miała problemu ze wstaniem rano oraz dorzuciła jeszcze receptę na, tak zwaną przez nią, tabletkę na poprawę nastroju. Mam brać jedną dziennie, tuż po wstaniu. Dodatkowo dała mi namiary na grupę wsparcia, do której- jej zdaniem- powinnam się zapisać i zacząć chodzić na zajęcia. Powiedziała że jest tam mnóstwo osób w moim wieku, jak również młodszych i starszych i to by mi pomogło stanąć na nogi oraz nawiązać nowe znajomości. Uważam że to bardzo dobry pomysł i na pewno jeszcze dzisiaj się tam zapiszę, ponieważ można to zrobić przez internet a zajęcia są zupełnie bezpłatne, finansowane przez Państwo.

Po wizycie u Doktor Kuryło zapaliłam papierosa, ponieważ trochę się stresowałam. Nikotyna mnie świetnie odpręża. Następnie poszłam na spacer, żeby móc na spokojnie przemyśleć wszystkie słowa Pani Psycholog. Po drodze zatrzymałam się w kawiarni przy parku na lody, kawę i ciasto (kolejne kalorie!). Przez cały czas nie umiałam myśleć o niczym innym jak o wizycie. Wyjęłam telefon z torby i jak najszybciej umówiłam się na czwartek do dietetyczki. Poinformowali mnie że w czwartek pobiorą mi fiolkę krwi, by zbadać poziom cholesterolu, trójglicerydów i cukru w organizmie oraz zbadają mi grupę krwi, by ustalić jak najlepszą dla mnie dietę.

Może jak schudnę to faceci znowu, jak kiedyś, zaczną się za mną oglądać i będę miała większe powodzenie? Wiadomo że ludziom ładnym (tu nic nie muszę zmieniać) i szczupłym lepiej się w życiu powodzi- czytałam nawet o tym w gazecie, że jacyś naukowcy kiedyś zrobili pod tym względem badanie i eksperyment. Wyszło, że ludzie otyli i brzydsi mieli większe problemy ze znaleziem pracy, partnera, mieli mniejsze grono znajomych i często mieli z tego powodu różne problemy psychiczne. Może jest więc jeszcze dla mnie jakaś nadzieja?

15 październik 2006

Niedziela. Tak dzisiaj niedziela. Mój najmniej lubiany, najgorszy i najbardziej nudny dzień w tygodniu. Nic się nie dzieje zupełnie. Niektóre sklepy zamknięte, większość otwarta krócej niż zwykle. Jedyną rozrywką jest chyba kościół, do którego i tak zazwyczaj nie chodzę (poza jakimiś świętami) ale od dzisiaj postanawiam to zmienić. Może w moich wszystkich problemach życiowych z wagą, brakiem faceta, przyjaciół, ojcem alkoholikiem, nadopiekuńczą (choć kochaną) matką, złośliwym bratem i problemami natury psychicznej pomoże mi właśnie Bóg? Postanawiam to sprawdzić i na godzinę 12 wybieram się na godzinną mszę do kościoła w mojej okolicy. Jestem 5 minut przed czasem więc staram się znaleźć jakieś wolne miejsce, bo ludzi jest mnóstwo i prawie wszystkie siedzenia są zajęte. Do tej pory byłam osobą wierzącą lecz nie praktykującą- od dzisiaj staję się osobą wierzącą i praktykującą. Zobaczymy o czym ksiądz będzie prawił dzisiaj na mszy.

Godzinę później wychodzę z kościoła. Pomodliłam się za siebie, najbliższych i poprosiłam Boga o cudowne rozwiązanie moich problemów życiowych. Może to coś da. W końcu wiara czyni cuda. Dzisiejsza msza była o ludziach cierpiących, chorych i braku pokoju na świecie. W krótkim skrócie ksiądz prawił że jeśli ktoś dużo cierpi za życia, to po śmierci trafi do nieba. To znaczy że po śmierci trafię do nieba? Fajnie, na pewno lepsze to niż piekło.

14 październik 2006

Z rana (no może nie tak z rana bo o 12:30, tuż po wstaniu z łóżka) stanęłam na wadze i się przeraziłam. Przy moim wzroście 170 cm ważę 95 kg! Przez ostatnie 5 miesięcy, od maja, przytyło mi się 15 kilo! To zapewne wina tych weekendowych maratonów filmowych z lodami i popcornem w ręku oraz ogólnym brakiem ruchu, ponieważ przyznaję jestem leniwa (ale tylko czasami). Może powinnam, poza psychologiem, zapisać się również do jakiejś dietetyczki? Na pewno schudnięcie poprawiłoby moją jakość oraz komfort życia. No tak, tyle że na taką wizytę potrzebne są pieniądze których nie mam zbyt wiele. Fakt, dostaję od rodziców 400 zł miesięcznie kieszonkowego, ale przy moim paleniu papierosów (pół paczki dziennie), naprawdę niewiele mi zostaje. Muszę porozmawiać o tym z matką. Ona jest w tych sprawach bardziej wyrozumiała (często wręcz nadopiekuńcza) i na pewno mnie lepiej zrozumie- jak kobieta kobietę- niż ojciec. Tymczasem dzisiaj zamiast maratonu filmowego postanawiam godzinę (tak na początek) pobiegać po okolicach. Na dworze jest około 11 stopni na plusie- idealna pogoda dla biegaczy. Muszę się wziąć za siebie i swoje lenistwo. Może dietetyczka nie będzie potrzebna aż tak, jak duża porcja ruchu na świeżym powietrzu.

Po południu, tuż po joggingu, postanawiam porozmawiać z mamą czy dałaby mi pieniądze na wizytę u dietetyczki, ponieważ to bieganie mnie wykończyło. Mama bardzo się przejęła moją teraźniejszą wagą i mówi że po weekendzie da mi dodatkowe 300zł na wizytę i ustalenie dla mnie diety. Ach, jestem w tak beznadziejnej fizycznie i psychicznie sytuacji że szkoda gadać. Cieszę się że mama mi pomoże, ale wiem że przy moim lenistwie i braku skrupulatności będzie to trudne zadanie do wykonania. Tymczasem jednak po takim wysiłku skuszę się na maraton filmowy w moim pokoju z lodami i popcornem w ręku- zupełnie jak w amerykańskich filmach. W końcu jeszcze nie zaczęłam diety to trzeba korzystać z życia.

13 październik 2006

Dzisiaj trzynasty, w dodatku piątek. Mimo to nie jest on dla mnie pechowy, lecz wręcz przełomowy. Postanawiam zapisać się do najlepszego w mieście psychologa. Zapomniałam dodać, że mieszkam w Szczecinie. Znalazłam numer do Pani Kuryło na internecie. Według opinii internautów jest to najlepsza Pani psycholog w naszym- śmierdzącym spalinami i czarnymi interesami- mieście. Postanawiam do niej zadzwonić. Wykręcam numer i umawiam się na wizytę 16 października w Poniedziałek o 12:15. Psycholog przez telefon wydaje się być miła i konkretna. Zobaczymy jaka jest w rzeczywistości. A tymczasem przede mną kolejny nudny weekend w domu z rodzicami, kotem Madmaxem oraz młodszym o 3 lata bratem Jarkiem. Będę zapewne oglądać kolejne romantyczne filmy- wyciskacze łez- z popcornem i lodami w ręku, spać do późna i buszować po internecie.

12 październik 2006

Zupełnie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Mam na imię Krystyna, znajomi mówią na mnie Kryśka. Mam 26 lat a moje życie leży w martwym punkcie. Nie mam faceta (chociaż, nieskromnie mówiąc, brzydka nie jestem), mam ojca alkoholika, nadopiekuńczą matkę, młodszego o 3 lata- złośliwego brata Jarka i dziwnego kota Madmaxa. Nie posiadam żadnych perspektyw na życie, nie mam pracy, żadnych przyjaciół (tylko garstka znajomych). I co tu  począć? Kobieta dwudziestego pierwszego wieku powinna być przebojowa, odważna i bogata. Żadna z tych cech niestety nie należy do mnie. Co mam zrobić? Powiesić się? Nie, to chyba jednak nie jest najlepsze wyjście.

"Zapiski Kryśki" Wstęp

Jest to książka napisana w formie pamiętnika pewnej 26 letniej dziewczyny o imieniu Krystyna, zwanej Kryśką. W zabawny sposób opisuje w nim swoje życiowe perypetie, rozterki i problemy.
Zapraszam do czytania! :)

27 październik 2006

Dzisiaj podniosłam się z łóżka chyba z prędkością światła. Byłam tak podekscytowana wyjazdem że wstałam już o godzinie 7 rano! Wzięłam poran...